Artykuły
Piąta rano w Bombaju
Autor: VIOLETTA KRZACZEK.
Kilkugodzinny lot samolotem z Londynu był niczym wehikuł czasu przenoszący pasażerów, zarówno w inne miejsce jak i stulecie.
Przybyszu z Europy! Nic nie przygotuje cię na zderzenie kultur, jakiego tu doświadczysz. Będziesz niczym dziecko niewinne, na bezpiecznym ramieniu matki, spoglądać szeroko otwartymi oczyma, będziesz z wrażenia chować głowę na jej piersi, gdyż inaczej trudno będzie ci się otrząsnąć z nierzeczywistych obrazów, które toczą swe dzieje na ulicach Bombaju.
Taksówka z lotniska jak strzała przeszywa tętnice tego miasta, docierając do jego wrażliwych slumsowych wnętrzności. Wilgoć i wysoka temperatura wyostrzają pierwsze wrażenia człowieka, nienawykłego do egzotycznych krajów. Każda palma wydaje się niebotyczna, każde ugryzienie komara malarycznym, każdy wyciągający rękę po jałmużnę, tym najbiedniejszym.
Oglądasz nocą, niby na filmie czarno-białym, mumie ludzkie, leżące pokotem na ubitej ziemi. Ciała przykryte brudnymi szmatami lub kartonami, w rządku, jakby przygotowane do krematorium. Nie ma pewności, czy budząc się rano, sąsiada leżącego obok jeszcze podniosą. Nie masz pewności, patrząc na nich, czy śpią snem sprawiedliwych czy tym ostatecznym.
Głębokie cienie nocy potęgują przygnębiające wrażenie znieruchomiałych postaci, koczujących przed swoimi szałasami. Stanowią oni jedność z szarą ziemią. Szarość dominuje, tak jakby życie się uwzięło i pokazuje tylko tą swoją stronę. Szare, przytłumione dźwięki, szare płachty przykrywające szare, rachityczne szopy. Oprócz blasku ogniska, rozpalonego pośród stosu śmieci, nie ma naokoło żywszego koloru. To ostatnia godzina oczekiwania przed świtem.
5 rano w Bombaju...
Za to jakiś czas później miasto wybucha zdwojonym zgiełkiem i rozgardiaszem, ogłusza rykiem klaksonów i nawoływaniami handlarzy. Nowy dzień rozpoczyna się w pośpiechu, jakby chcąc szybko zatrzeć przygnębiające wrażenie nocy. Uliczni handlarze otwierają swe stragany, najpierw przeganiając wałęsające się koty, a potem nędzarzy śpiących pod drzwiami. Na stacji kolejowej niczym w mrowisku, widać tylko towary i pakunki przemieszczające się na głowach. Odnosi się wrażenie, że czas się cofnął, a my dziwnym zrządzeniem losu dostaliśmy się w środek XIX stulecia. Ubiory po części przejęte od Europejczyków, ale mentalność tubylców ta sama, pielęgnowana od stuleci.
Gęste, duszne powietrze tropików miesza się z zapachem kadzideł, kwiatu jaśminu i uryny w zakamarkach ulicznych. Roślinność przytłacza swoim egzotycznym przepychem, kwiaty wabią kolorami.
Interesy zaczynają się tu o 10.00 rano. Wcześniej możesz tylko pomarzyć, podróżniku o załatwieniu jakiejś sprawy.
Straganiki już otwarte, golibrodzi przygotowani na pierwsze strzyżenia, nawołują do swoich "salonów". Zakład taki to krzesło wystawione na chodniku, koniecznie w cieniu, przy jakimś murze by można było zawiesić lusterko. Trzy ruchy brzytwą i klient już gładko ogolony, odchodzi z wypielęgnowanym wąsikiem, duma każdego prawdziwego Hindusa.
Życie toczy się na ulicy. Chcąc podglądać tutejszych, wcale nie trzeba zaglądać przez okna domostw. Mieszkańcy sami wychodzą do ciebie. Ulica stanowi kuchnię, sypialnię, łazienkę, plac zabaw. Łatwo wszystko od razu zaobserwować, zaczepić nieznajomego, poprosić o parę groszy. Każda okazja jest dobra, żadnej hinduska dzieciarnia nie przeoczy.
Poranek kobiety to szorowanie garów, rozpalanie ognia, potem przychodzi czas na poranną toaletę, czesanie włosów. Dzieciaki myje się tak po prostu, na chodniku, mydląc od stóp do głów i polewając wodą.
Domeną Hindusów jest handel, na straganie lub wędrowny. Całe ulice zapełnione są ludźmi, którzy kupują lub sprzedają. Jest to ciągły ruch, wymiana, stałe targowanie o cenę. Pomysłowość naciągaczy turystów nie zna granic. Nim się obejrzysz, już jesteś namaszczony, odchodząc ze świętym znakiem tikka na czole i kilkoma rupiami mniej w kieszeni...
Na ulicach woły indyjskie toczą wielkie koła swoich wozów, ludzie wyrabiają szczotki, szyją worki płóciane, naprawiają stare buty. Trudno nadążyć za szalonym rytmem miasta, uciec przed pędzącymi pojazdami. Przejście na drugą stronę ulicy urasta do igrania z życiem i śmiercią, bowiem kierowcy hinduscy to samobójcy prowadzący autobusy niczym kamikadze, wprost na masowe stracenie. Jeżdżą w ogłuszającym ryku klaksonów, gdzie ten jest w użyciu dużo częściej niż hamulce. Autobus taki, rozklekotany pędzi na oślep, jako lew ryczący na drobną zwierzynę, by się rozproszyła. A drobni rikszarze skręcają po bokach w panice, byle tylko ujść z życiem, byle tylko pchać swój wózek dalej. Tylko krowy niewzruszone wleką noga za noga, przez środek drogi, jakby cały regulamin jazdy drogowej został dopasowany specjalnie dla nich. Powrót do wyboru artykułu +
Komentarze