|
|
|
Pnioki, krzoki i ptoki
KRYSTYNA PIELAK
W książce Jana Cofałki „Księga Ślązaków” znalazły się postacie związane z ziemią prudnicką i Górami Opawskimi.
We wtorek 19 stycznia w Muzeum Śląska Opolskiego w Opolu odbyło się spotkanie promujące książkę Jana Cofałki „Księga Ślązaków”. Uczestniczyli w nim bardzo licznie goście, przyjaciele autora, ludzie zainteresowani tematem, przedstawiciele władz: marszałek województwa i starosta opolski, profesorowie opolskich uczelni. Moja obecność na spotkaniu to naturalna potrzeba konfrontacji swoich spostrzeżeń o książce, która w domowej bibliotece była już od listopada, w wyniku sympatycznej przesyłki od autora. Był też powód ważniejszy. Otóż przy lekturze książki wyłowiłam, zawsze bliskie memu sercu, akcenty opolskie, także tropy, które wiodły do ziemi prudnickiej. Książkę zaczęłam czytać „od tyłu”, czyli części szóstej zatytułowanej „Znani Ślązacy”. To aneks zawierający 200 wybranych nazwisk znanych osób wywodzących się ze Śląska, które w większości rozpierzchły się po Polsce. Wyliczyłam, że 25 osób wywodzi się z Opolszczyzny. Ale to nie tylko one są Ślązakami, bo dzisiejsi mieszkańcy Śląska dzielą się – według Ślązaków – na trzy kategorie: pnioków, krzoków i ptoków. Pnioki to zasiedziali na Śląsku autochtoni, krzoki to ci, którzy kiedyś tu przywędrowali na chwilę i zostali na zawsze, zaś ptoki to przelotni wędrowcy, którzy przyjechali na Śląsk w interesach, aby potem wrócić w swoje rodzinne strony. To wcale nie oznacza, że z oddalenia nie interesują się Śląskiem, niekiedy wręcz się z nim utożsamiają.
Później zajęłam się czteroma kolejnymi rozdziałami („Ślązacy warszawscy”, „Z czarnego i zielonego Śląska”, „Ślązacy z wybory”, „Związani ze Śląskiem”). Wybierałam najpierw opowieści o osobach, o których wiele wiem, chcąc porównać swoje opinie z sądami autora. Tak było w przypadku J. Pieczki, A. Żabińskiego, K. Musioła, J. Goczoła, St. Niciei, J. Szczepańskiego.
Słaboń sieje sercem
Za bardzo ciekawe i nowe dla mnie uznałam teksty o Józefie Korolu, zwanym „Śląskim Grotem – Roweckim”, czy Janie Skuteli niesamowitym zwiadowcy. Ucieszyłam się, choć nie byłam zaskoczona, obecnością w książce postaci ks. Manfreda Słabonia z Łącznika i Ewy Chrobak z Głuchołaz. Sposób przedstawienia tych znanych prudniczanom osób jest uzasadnieniem mojej tezy o niezwykłym stosunku autora do swych bohaterów – postawy poznawczej ale pełnej szacunku i ciepła. Ks. M. Słaboń to człowiek, który „sieje sercem”, a Ewa Chrobak pamięta listonosza Pana Gwiazdeczkę, a „żyje zwyczajnie ale jest zadowolona”.
Rozdziałem przedostatnim książki są „Wspomnienia i pożegnania” czyli galeria 15 postaci, które autor spotkał na Śląsku, a wywarły duży wpływ na jego odczuwanie śląskiej tożsamości. Ponadto ich utrwalenie w pamięci uznał za obowiązek pokolenia. Tutaj obok postaci wielkich (odnotowanych w encyklopediach), które hołdowały zasadzie „Jak coś robisz, to rzecz święta”, jest wspomnienie o Stanisławie Giemziku z Jarnołtówka zwanym Dobrym Duchem Gór Opawskich. Był on dla Jana Cofałki „krzokiem”, który „w niebie stoi odurzony/ Tą wiecznością: tyle czasu, jakby była/ Bezustanną zimą bez pilnej roboty..” (J. Goczoł)
Promocję książki wspomogli w Opolu, na zaproszenie autora jej bohaterzy: prof. St. S. Nicieja, poeta Jan Goczoł i ks. Manfred Słaboń. Z dużym zainteresowaniem przyjęli zebrani żywe i barwne wystąpienie proboszcza z Łącznika. Ten znawca mentalności Ślązaków nie po raz pierwszy pochylił się nad właściwą im cechą pracowitości, która jednak przekształciła się w pogoń za pracą i zarobkiem i zniekształca pojęcie etosu Ślązaka wiązanego kiedyś z porządną pracą w wyuczonym zawodzie. Ksiądz Manfred zatroskany jak zanikają dotychczasowe obyczaje uznał za swą powinność utrwalenie wszystkiego, co należy zachować dla pamięci i przyszłych pokoleń. Ta praca trwa już prawie trzydzieści lat, a przygotowywany słownik gwary śląskiej liczy (w komputerze) ok. 200 tys. haseł, z których każde objaśnione jest w kulturowej otoczce.
Ks. Słaboń okrasił wystąpienie żartem i gwarą. W brawach i kuluarach uznano je za jedno z najciekawszych w treści i formie, porównywalnym jedynie z emocjonalną prezentacją erudyty prof. Niciei.
W końcowym, skromnym wystąpieniu autora książki moją uwagę zwróciła wierność ideałom przyjaźni. Swą książkę Jan Cofałka dedykował nieżyjącemu przyjacielowi Włodzimierzowi Kosińskiemu, którego pamiętają starsi mieszkańcy Prudnika i czytelnicy „TO” i „NTO”.
I na koniec kilka ważkich opinii o autorze i książce „Księga Ślązaków” Jana Cofałki (Wydawnictwo Naukowe Scholar, W-wa 2009): „Niestrudzony kronikarz śląskich lasów” prof. J. Miodek, „Śląski Kadłubek i Długosz” red. L. Żuliński, „Dziełko niemal 400-stronicowe, imponujące setkami nazwisk, tysiącem szczegółów i tą nieprawdopodobną, czułą wiedzą o historii i duszy regionu” red. L. Żuliński, „To wciągająca epopeja rozpisana na głosy Ślązaków i ludzi w Śląsku zakochanych” L.M. Nijakowski, „Politolog, publicysta, działacz Towarzystwa Przyjaciół Śląska w W-wie, autor książek: „Ślązacy w Warszawie”(2008), współautor „Jan Szczepański. Humanista-uczony-państwowiec”(2005), „Sejmowe plotki i anegdoty”(2001); mąż Teresy, ojciec Agnieszki i Oli, dziadek Klaudii. Znawca Gór Opawskich. Od 30 lat spędza urlopy w Jarnołtówku” K. Pielak.
Zobacz też:
Komentarze użytkowników
DODAJ KOMENTARZ
Szanowna Pani!
Podział na - jak Pani pisze - "pnioków, krzoków i ptoków" wywodzi się zdecydowanie z Podhala (częściowo Podbeskidzia), a nie ze Śląska. Wypada to wiedzieć, jak się człowiek zabiera za pisanie recenzji tego typu wydawnictwa. A jak się nie wie - wypada sprawdzić.
Napisał(a): janusz_feliks, 2010-07-15 09:11:48
|
|
|
|